Hobart, stolica Tasmanii, nie robi pierwszego wrażenia w stylu „wow, metropolia”. I całe szczęście. To miasto nie próbuje nikogo uwodzić neonami ani szkłem. Leży spokojnie u ujścia rzeki Derwent, przyklejone do zboczy wzgórz, jakby od zawsze wiedziało, że pośpiech jest zbędny.
 |
| Salamanca Place to serce starego Hobart. Piaskowcowe magazyny z XIX wieku, dziś wypełnione kawiarniami, galeriami i małymi sklepami, pokazują, że historia może być używana bez nachalnej rekonstrukcji. W sobotę targ Salamanca Market zamienia tę spokojną ulicę w gęsty, ale nadal ludzki chaos: lokalne sery, chleb, owoce morza, rękodzieło. Wszystko bez krzyku, bez plastikowego uśmiechu. |
Hobart nie powstało dlatego, że ktoś uznał to miejsce za idealne do życia. Powstało, bo Imperium Brytyjskie potrzebowało miejsca dla skazańców - zbyt daleko od cywilizacji, by ktokolwiek liczył na szybki powrót.
W 1804 roku założono osadę wojskowo-karną nad rzeką Derwent. Wybrano je pragmatycznie - dobry port, woda, wzgórza do obrony. Osadę nazwano Hobart Town na cześć brytyjskiego ministra kolonii. Pierwszymi mieszkańcami byli żołnierze, urzędnicy i zesłańcy. Budowali drogi, magazyny i port. Praca była ciężka, kary brutalne, a klimat chłodniejszy niż obiecywała propaganda. Tasmania szybko zyskała reputację miejsca, z którego nie da się uciec.
Z czasem Hobart stało się ważnym portem imperium. Przechodziły tu wyprawy na Antarktydę, handel, wielorybnictwo. Kamienne budynki w Battery Point i Salamanca Place powstały jako magazyny i domy ludzi, którzy wiedzieli, że są daleko od Londynu i nikt im nie pomoże.
Nie da się też pominąć trudnej historii rdzennych mieszkańców Tasmanii, niemal całkowicie zniszczonych przez kolonizację. Hobart nie ukrywa tego - miasto pamięta swoją przeszłość.
Podczas pobytu w Hobart spaliśmy w samym sercu miasta, w Lenna of Hobart. Budynek sam w sobie jest częścią historii - dawniej mieściły się tu magazyny i biura z czasów kolonialnych. Wnętrza zachowały charakter XIX-wiecznej architektury, a jednocześnie oferują wszystkie wygody współczesnego hotelu. Pobyt w Lenna of Hobart dodawał poczucia, że jesteśmy częścią miasta, które pamięta swoje początki. Po wyjściu z hotelu od razu trafialiśmy na nabrzeże, kawiarnie w Salamanca Place i wąskie uliczki Battery Point - wszystko w jednym kroku.
W 1842 roku Hobart otrzymało prawa miejskie i stało się stolicą Tasmanii. Z kolonii karnej przekształciło się w spokojny portowy ośrodek. Dziś Hobart to miasto ciszy, surowości i uczciwości. Pamięta, po co powstało, i nie udaje, że jest kimś innym.
 |
| Lenna of Hobart - recepcja hotelu znajdowała się w części historycznej, ale część mieszkalna było już współczesna |
 |
| Wnętrza hotelu |
 |
| Nabrzeża portowe |
 |
| Fontanna na roku Salamanca Square |
 |
| Lenna of Hobart posiad także parking |
 |
W centrum Hobart, tuż przy brukowanym Salamanca Square, stoi też dość zabawna i charakterystyczna rzeźba – „Happy Birthday Mr President”. To brązowa instalacja artystów Gillie i Marc, przedstawiająca dwie ich kultowe postacie – Rabbitwoman (na zdjęciu) i Dogman. W skrócie wygląda jak lekko przerysowana scena inspirowana słynnym momentem Marilyn Monroe z filmu The Seven Year Itch, w którym kobieta stoi nad kratką wentylacyjną i jej sukienka unosi się do góry. Rzeźba została zainstalowana w 2014 roku i szybko stała się jednym z tych punktów, przy których turyści i miejscowi lubią się fotografować. Ludzie często śmieją się z tej sceny i robią sobie zdjęcia obok, bo wygląda trochę jak popkulturowy żart w sercu historycznej części Hobart. |
 |
| Hotel Lenna of Hobart |
 |
| Zwiedzamy hotel |
 |
| Ostatniego dnia wpadliśmy na śniadanie w hotelu |
 |
| Lotnisko w Hobart |
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz